ricky_2630097b

Felieton Wakacyjny No.1, czyli trochę o pracy w korpo, śmierci i kłamstwie

Wow, tutaj nic się nie dzieje. Gdzie redaktory, gdzie admin, gdzie upominający się wielbiciele mej persony?! Co to ma znaczyć?! Inna sprawa że dopiero 20 lipca zabieram się za coś, co miałem robić regularnie przez wakacje… ale to robię, nie? Dobra, do rzeczy – w te wakacje Wy i tylko Wy (New York Times odmówił współpracy (no ok, nawet nie odpisał)) będziecie mieli okazję przeczytać nowy cykl felietono-artykułów dotyczących najczęściej powiązanych ze sobą osób, filmów i seriali. Ile będzie części? Nie wiem nawet czy to co teraz piszę nie znajdzie się w śmietniku, but still…

Pierwszy felieton będzie dotyczył pewnej osoby obdarzonej imieniem Ricky Gervais. Urodzony kiedyś tam, gdzieś tam (ale w Anglii) Ricky to komik, scenarzysta i reżyser. Jego wielowątkową, skomplikowaną i profesjonalną ocenę rozpocznę od zaopiniowania jego kunsztu aktorskiego na podstawie filmu pt. „Ghost Town”.

Tym oto krótkim wstępem dotarliśmy do pierwszego dzieła dziś omawianego… Śmierć kliniczna. Fajne, nie? No właśnie – niezbyt fajne ale przydarzyć może się każdemu – nawet egoistycznemu, chamskiemu dentyście. Przeżyć, przeżył, ale pojawia się pewien problem mający swoją genezę w „The Sixth Sense” – mianowicie „I see dead people”. Najwyraźniej, jeśli umierasz bez załatwienia jakiejś sprawy na świecie doczesnym, to zostajesz tam w formie ducha (uuuuuuu), którego widzą porypane dzieciaki jak w „The Sixth Sense” lub ktoś, kto przeżył śmierć kliniczną. Drugim bohaterem jest trup – taki tam playboy, którego autobus przejechał. Problemem jest to, że jego żona chce wyjść ponownie za mąż za faceta, którego nasz amant nie może ścierpieć. Co zrobić? Lecimy do chamskiego dentysty i pozwalamy działać magii miłości. Tyle starczy. Pomysł na ten film jest fajny, ale już lekko wykorzystany. Tak naprawdę to nic innego, jak romansidło z trochę bardziej ambitną fabułą. Ricky jako aktor nie był w swoim żywiole – typowej komedii, więc zrobił swoje i tyle – nie zachwycił, ale nie było miernoty.

Starczy? Starczy. Jeżeli to was nie satysfakcjonuje, to przechodzimy do drugiego przykładu, gdzie Ricky nie tylko gra, ale również jest pomysłodawcą i reżyserem (z jeszcze drugim kolesiem, ale co tam).

„The Invention of Lying” to już film z innej półki. Nowy, świeży i co najważniejsze – dobry pomysł to klucz do sukcesu i mojej sympatii dla tego dzieła. Pomysł jest następujący: wyobraźcie sobie świat bez kłamstwa. Najmniejszego kłamstewka (a teraz poproszę męską część czytających o zastanowienie się jak bardzo mieliby przerypane przy pytaniach typu: „Czy wyglądam w tym grubo?”). Masakra, ale jako że ludzie nie wiedzą co to jest kłamstwo, to nie wiedzą co tracą. Przewodnikiem widzów po tym świecie jest niski, ciut zaokrąglony, a co tam – świat bez kłamstwa – gruby Mark. Nie jest on piękny, co bez oporu wypominają mu wszyscy, jego praca też nie jest jakoś doceniana ani lubiana, co też mu wszyscy wypominają. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy Maruś wypowie pierwsze kłamstwo w historii. Film ten opiera się w całości na tym jednym pomyśle i jest całkiem dobry do pewnego momentu, po którym Ricky Gervais dostaje gorączki od ilości czasu pozostałego a taśmie i jakość fabuły spada. Nie przeszkadza to jednak w polubieniu tego filmu i na pewno nie stoi Wam na przeszkodzie w obejrzeniu go.

I na koniec najlepsze – serial „The Office”. Prawdziwa perełka dla miłośnika seriali, seriali BBC, angielskiego humoru, humoru generalnie, itd. Była to prawdziwa przepustka dla Ricky’ego do „wielkiej ligi”. To dzięki temu jest w stanie robić swoje filmy i nowe projekty w TV, dzięki temu jest cytowany w Internecie… Internecie ludzie! No dobra, do konkretów…

Czy serial o przedsiębiorstwie sprzedającym papier może być śmieszny? Tak, jeżeli jedno z biur prowadzi David Brent. Jest to najgorszy szef na jakiego można trafić – jest to jeden z niewielu przypadków, gdzie szef odciąga Ciebię od pracy by się z nim dobrze bawić, a Ty wtedy próbujesz mocniej pracować. „The Office” to mockumentary, czyli sposób filmowania jest taki sam jak w dokumencie. Ten zabieg pozwala na częste łamanie zasady czwartej ściany i niesamowite miny robione do kamery, gdy David zrobi coś głupiego. No i te komentarze „do kamery” na osobności… Szczerze mówiąc, nie wiem jak opisać ten serial – on spełnia wszystkie założenia serialu komediowego: jest ten jeden, który cały czas robi żarty, jest dupowłaz, jest David Brent, jest ten dziwny facet z księgowości. Najbardziej niesamowitą kreacją jest ta przedstawiona przez Ricky’ego – David Brent jest postacią w pełnym znaczeniu tego słowa. Ani razu nie ma momentu, kiedy to David Brent przestałby być Davidem Brentem. Ale żeby opisać Davida – to trzeba obejrzeć. Możecie ewentualnie wyobrazić sobie osobę, która cały czas ma same słabe żarty, na siłę je opowiada i czeka w ciszy na śmiech. Jest to ta sama osoba, która nie rozumie pojęcia „granic”. Taka mieszanka do potęgi daje nam ledwo zarys tej niesamowitej postaci. Aha, on nie ma bladego pojęcia o prowadzeniu biznesu. Szczerze, z całego serca polecam zapoznanie się z tym majstersztykiem.

Myśleliście, że to koniec? Nie! „The Office” doczekało się wersji z USA of America. Tym razem w rolę Michaela Scotta (amerykańskiego Davida) wciela się Steve Carell. Amerykańska wersja z pewnością skomercjalizowała humor występujący w brytyjskie wersji, lecz to nie zmieniło faktu, że jest to niesamowicie śmieszny, dobrze zrobiony serial.

Koniec? Nie! Powstały też wersje: francuska, izraelska, kanadyjska, brazylijska i niemiecka. I to wszystko na podstawie dzieła m.in. Ricky’ego. Niesamowite, nie?

Koniec? No już chyba tak. Mam nadzieję, że się podobało i przybliżyłem wam postać Ricky’ego… Mam dosyć, więcej nie piszę, jest za późno (3:52), publikuję to. Było coś o korpo, śmierci i kłamstwie, super.

(Może) do zobaczenia,
CzłowiekPR

Ps: jednak coś się na tej stronie znalazło (tekst o sztuce, czy czymś tam).
Pps:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.