Jupiter-Ascending

Jupiter Ascending, czyli rodzeństwa Wachowski zła passa trwa

No dobra, czas się wziąć do roboty, bo tak długo nic nie wstawiałem, że aż endlesspancake coś napisała (Huhuehue). To do pracy rodacy, nie od razu Rzym zbudowano, nie mów hop przed zachodem słońca itd…

Ja, Pan i Władca na stronie stefanfm.pl okażę dzisiaj swą wielką, wręcz nieprzebraną łaskę i wezmę w obronę poniżany, wyśmiewany i zbrukany film – „Jupiter Ascending” wykonany przez rodzeństwo Wachowski’s(? – nie wiem jak to odmienić). Nie dość, że życie z tych dwóch do niedawna panów sobie zażartowało takim nazwiskiem, to dodatkowo ostatnie dwa filmy zostały ostro potraktowane przez krytyków filmowych. Przez taki konsekwentny hejt na Waszków ich doceniona filmografia zamyka się na „V for Vendetta”. Z „Matrix’em” jest taka sprawa, że: primo – tylko pierwsza część była dobra, reszta żerowała na pomyśle i primo ultimo – rok wcześniej powstał podobny w założeniach film („Dark City”), z którego scenografie zostały użyte w „Matrixie”. Wniosek większości ludzi – „ja to zawsze wolałem to ciemne miasto”, „Matrix to nic nowego”, „każdy następny film Waszków będę krytykował”. Tej nieufności w zdolności kinematograficzne rodzeństwa najmocniej doświadczył ich film z 2012 roku – „Cloud Atlas”. W moim przekonaniu jest to niezwykły film na podstawie równie niesamowitej książki, który został skrytykowany za swoją „nadmierną” złożoność i wielokrotne role tych samych aktorów. To, że ktoś się nie połapał w tym, że Tom Hanks może być i tubylcem w odległej przyszłości i recepcjonistą w Edynburgu, czy gdzieś tam w latach ’30 nie oznacza, że film był zły. Moim zdaniem „Cloud Atlas” powinien znajdować się na szczycie zestawień filmowych tej dekady, a jego ocena 7,5/10 na IMDb jest wyjątkowo krzywdząca. Co prawda nie mam takiego samego zdania o wspaniałości „Jupiter Ascending”, no ale bez przesady… 5,5/10?! Dobra, zanim wyleję resztę swoich żalów w Wasze biedne główki, fabuła.

Nie jesteśmy sami we wszechświecie. Okazuje się, że z naszym rozwojem pozwalającym tworzyć takie cudeńka, jak plastiki i inne grafeny Ziemia jest Radomiem Wszechświata. I w tym właśnie Radomiu mieszka sobie dziewczyna o dziwnym imieniu – Jupiter Jones. Jako rosyjska imigrantka w Czikago wiele nie zdziałała – jest sprzątaczką i nienawidzi swojego życia. Ale chwila! Przecież ta właśnie biedna sprzątaczka jest dziedziczką największego imperium w kosmosie (sic!). Jako kolejne wcielenie głowy rodu potentatów planetarnych (sic!sic!) zostaje wciągnięta w nowy świat pełen pieniędzy, a co ważniejsze – chciwości. Jej trójka dzieci (w zasadzie to jej poprzedniego wcielenia) to niezbyt wesołe osobniki, które będą próbowały wyciągnąć dla siebie jak najwięcej korzyści z zaistniałej sytuacji. Żeby nie było nudno, jedna z pociech swoją matkę (poprzednie wcielenie) ukatrupiło, więc podobny los czeka Jupiter. W tym miejscu pojawia się bohatyrowicz (hehehe taki żarcik humanistyczny) – pół człowiek, pół wilk-albinos (sic!sic!sic!), który ani trochę nie wygląda jak wilk, ale co tam. W zaistniałym burdelu Jupiter Jones musi się odnaleźć, a co ważniejsze – przeżyć.

Tak, jak napisałem – ocena 5,5/10 jest w tym przypadku skutkiem jakiegoś polowania na czarownice. Coraz częściej myślę, że Waszki to jeden z przypadków, kiedy reżyser zaczyna karierę niesamowitym filmem i ustawia sobie poprzeczkę tak wysoko, że sam nie jest w stanie jej potem przeskoczyć. Przyznaję, że „Jupiter Ascending” nie jest filmem głębokim i w sumie powtarza koncepcję „Matrix’a”, tylko że w kosmosie, ale nie jest to film nudny, ani taki straszny. Aspektem, który mi się najbardziej spodobał w tym filmie jest zbudowanie fabuły na podstawie najlepszych filmów i seriali s-f. Połączenie ze sobą wątków z „Diuny”, „Star Treck’a”, „The Hitchhiker’s Guide to the Galaxy”, „Star Wars” jest przepisem na dobry film, nawet jeśli jego fabuła była przerabiana już wiele razy, albo po prost nie porywa. Wyjątkowo ujęła mnie scena z takiej planety-stolicy wszechświata (Coruscant?), gdzie Jupiter musiała się oficjalnie zamanifestować jako dziedziczka, czy tam głowa rodu. Nie nastąpiło to przy królewskich trębaczach i rozkrzyczanym tłumie, ale po odbyciu całodniowego obchodu wszystkich okienek w czymś, co może współzawodniczyć z ZUS-em w kategoriach: liczebność armii urzędników, stopień skomplikowania druczków, ilość druczków, etc. takim smaczkiem na koniec tej sceny była epizodyczna rola Terrego Gilliama jako biurokraty (ahhh, wspomnienia wracają).

Jak już zacząłem o aktorach, to już szybko kończę – niczego specjalnego się nie spodziewałem, nic specjalnego nie otrzymałem. Papierowe postacie z wyraźnym podziałem na zło i dobro – klasyka. To było o aktorach pierwszoplanowych. Co do drugoplanowych – wspomniany już Gilliam oraz Eddie Redmayne, który postanowił zagrać swoją rolę najgorszego z rodzeństwa w stylu Marlona Brando z „The Godfather”. Jest cichy, bezwzględny oraz sam siebie uspokaja, gdy zaczyna się denerwować. Ahhh, prawie bym zapomniał – Sean Bean też gra i jego rola zapada w pamięć (więcej nie powiem, bo spojler).

Wracając do fabuły jeszcze raz, powiem wam co mi się nie podobało. Wydaje mi się, że Waszki przesadzili z tą trójką rodzeństwa. Co prawda, każde z nich ma swój epizod w filmie, ale jakoś do niczego to nie prowadzi. Wyjątkowo znudziła mnie scena bitwy w Czikago – kompletnie niepotrzebna, zdecydowanie za długa – zostaje wrażenie, jakby Waszki chcieli coś po prostu rozpierdzielić na ekranie. Oprócz tej sceny, gdzie było tego po prostu za dużo, film miał być widowiskowy… i widowiskowy jak najbardziej jest. Co do zakończenia, „Jupiter Ascending” w specyficzny sposób rozwiązuje akcję – nie jest to informowanie widza o następnej części, ale furtka do sequeli jest pozostawiona. Niestety, sequel żaden chyba nie powstanie ze względu na wyniki i ocenę filmu, a szkoda.

Wniosek na dzisiaj – nie spinać dupy, tylko cieszyć się z filmu, którego fabuła jest uzupełniona najlepszym, co kino s-f mogło nam zaproponować przez wszystkie lata swojego istnienia. No i ostateczny argument: kobiety! – Channing Tatum, mężczyźni! – Mila Kunis.

Polecam,                                                                                                                                               CzłowiekPR

Ps: nie ma Ps, i co teraz?

Pps: Aha! mam coś – wiecie, że Anthony Hopkins grał Hitlera? czy muszę mówić, że wyglądało to przekomicznie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.