filth03

Filth, czyli szkocką policję omijaj szerokim łukiem

Szkocja to dziwny kraj… , bo jak inaczej określić takie miejsce, gdzie narodowym symbolem jest jednorożec, a roczne spożycie kokainy jest najwyższe na całym świecie? Mówi się, że państwo to ludzie w nim mieszkający (a nawet, jak się tak nie mówi, to ja piszę ten artykuł, nie wy). Jeżeli tak jest w przypadku Szkocji, to nie dziwię się na czym polega twórczość Irvina Welsha. Większość z was kojarzy go z powieści pt. „Trainspotting”, której ekranizacja pod szyldem Dannego Boyla nabawiła się tytułu „arcydzieła”. Otóż ten sam Irvin napisał kolejną powieść (chyba już wiecie jaką) – „Filth”, czyli po polskiemu „Brud”. Tym razem za ekranizację nie wziął się Danny Boyle, lecz Jon S. Baird. Tak, jak „Trainspotting” jest to powieść i film o narkotykach. Akcja dzieje się w Edynburgu, w najgorszej melinie pod słońcem – na komisariacie policji.

filth_xlg

Detektyw Bruce Robertson (James McAvoy) to jeden z najlepszych policjantów w Edynburgu, jak również poważny kandydat na stanowisko inspektora. Już od pierwszej sceny widzimy w nim zimnego, cynicznego skurczybyka, kiedy jesteśmy świadkami, jak wylicza szanse swoich konkurentów na to samo stanowisko. W tym momencie uczcijmy minutą ciszy prawych obywateli Szkocji, gdyż w pokoju (czekając na awans – przypominam) siedzą, po kolei: idiota, narkoman, nimfomanka, zboczeniec, kolejny idiota i najlepszy policjant na świecie: detektyw Bruce. Osąd może być lekko subiektywny, ale łapiecie o co chodzi. Nasz główny bohater to klasyczny badass rodem z amerykańskich filmów o policjantach. Przekraczający wszelkie granice przyzwoitości, moralności i dobrego smaku, szkalujący świadków detektyw dostaje nowe, proste zadanie: odnaleźć sprawców zabójstwa młodego azjatyckiego studenta. Biorąc pod uwagę to, że na miejscu był świadek (bardzo tajemnicza blondynka) może sprawę jedynie ułatwić. Pociesza również to, że w domu czeka na niego piękna, uwodząca żona. Nie zapominając o awansie, to zadanie ma posłużyć naszemu koledze do oczerniania, skłócenia i poniżenia swoich konkurentów. Nic jednak w tym filmie nie jest takie, jakim się na początku wydaje, a uzależniony od narkotyków, alkoholu, przemocy i stosunków płciowych Bruce pędzi w kierunku całkowitego samounicestwienia.
Jeżeli ma to jakieś znaczenie, to dawno żaden film mną tak nie wstrząsnął. Jak już zabierzecie się za oglądanie, to pewnie pomyślicie, że chyba mnie coś strzeliło. Pierwsze 45 minut filmu to jest mniej-więcej to, co zostało pokazane w zwiastunie: koks, koks, koks, badass Bruce, stosunek płciowy (jedno- i dwuosobowy), koks, przemoc, przekleństwa, stosunki płciowe, koks, męskie narządy rozrodcze i koks. A teraz mój drogi czytelniku pomyśl sobie, jak to było oglądać ten film z rodzicami, kiedy to ty go wybrałeś… To było tylko pierwsze 45 minut, przypominam. Od 46 minuty zaczyna się kompletna jazda bez trzymanki. Już nawet nie wiem, co powiedzieć na ostatnie 20 minut, bo to już było coś szalonego i pięknego zarazem. Ze sceny na scenę zagłębiamy się coraz bardziej w szaleństwo i narkotykowe ekscesy Bruce’a, aż do momentu, kiedy nie wiemy, co się dzieje na ekranie – chore przywidzenia, czy rzeczywistość. Coraz bardziej zagłębiamy się w naturę detektywa Robertsona, który staje się własnym cieniem. Nie mogę napisać dokładnie co się dzieje podczas „jazdy bez trzymanki” bez spojlerów, ale zapewniam was jeszcze raz – nic w tym filmie z początku nie wskazuje, że tak to wszystko może się potoczyć. Wiele scen oraz decyzji i zachowań głównego bohatera może być z początku błędnie zinterpretowanych lub po prostu niezrozumiałych, lecz w miarę trwania filmu wiele się wyjaśnia.
To, co mogę ocenić bez spojlerów, to np.: gra aktorska. Wspomniany już James McAvoy powinien być sam w sobie wystarczającym powodem zobaczenia tego filmu. Nie bez powodu zostaje on tytułowany mianem najwybitniejszego aktora młodego pokolenia. Ja tam nie wiem, ale ta rola została zagrana bardzo dobrze. Kolejnymi aktorami są: znany wszystkim Jim Broadbent, Eddie Marsan oraz Jamie Bell. No i do tego język… coś jest w szkockim akcencie, coś sprawiającego natychmiastowe poczucie respektu dla tego policjanta – on wie, co robi. Wspominałem na samym początku recenzji „Trainspotting” – każdy, kto oglądał ten właśnie film zauważy podobieństwa w świecie przedstawionym – to charakterystyczne światło, sceneria, no i oczywiście postępujące szaleństwo.
Powtórzę to jeszcze raz – ten film mną wstrząsnął. Dawno nie było takich niespodziewanych, tragicznych zwrotów akcji. Dlatego jeżeli szukacie filmu, który ma szokować do takiego stopnia, że najlepiej jest go oglądać bez świadków – to film dla was. Jeżeli szukacie filmu o stosunkach płciowych – to jest to. Film o koksie – to tutaj. I na koniec – jeżeli szukacie filmu, który może być godnym następcą „Trainspotting” – to jest film dla was. Prawie bym zapomniał – humor… można się nieźle pośmiać, jeżeli ma się tak wypaczoną psychikę, jak ja. Ale ostrzegam: jeżeli szukacie wesołego filmu, to ten nim z pewnością nie jest.
Szczerze polecam,
CzłowiekPR

Ps: mam nadzieję, że nie będziecie sprawdzać czy to jest faktycznie w 45, czy 46 minucie.

Pps: trailer tylko dla dorosłych

Jedna myśl nt. „Filth, czyli szkocką policję omijaj szerokim łukiem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.